POD LATARNIAMI
Gdy losy się składają
Z czasem na stanie pod latarnią
Źle widać oficjalną
Pamięć, tożsamość i moralność
Ciemność
Jest pod latarniami
Mamy tu proch marny
I dziewczynki z zapałkami
Jeśli odnajdziemy suchy lont…
Stąd się raczej nie wychodzi
Niewielu tu przybywa chętnie
Nie świecą tu reklamy
Słabo działa hipokryzja
Mętnie brzmią praworządne slogany
Gdy losy się składają
Z czasem na stanie pod latarnią…
Ciemność
Jest pod latarniami
Mamy tu proch marny
I dziewczynki z zapałkami
Jeśli odnajdziemy suchy lont
To z pewnością hucznie ogłosimy to
Dla tych, którzy rządzą nami
Brzydzą się gejami i całują z biskupami
Warto robić takie show…
OD ZMIERZCHU DO ŚWITU
Gdy wypuści ich fabryka
Kiedy biuro wolne da
Albo kiedy szkoła nic im już nie zada
Miasto przed nimi
I już na bank
Będą wydawać
Się tak szczęśliwi
Jak w swoich snach
Nekrologi ich pieniędzy
Przez tysiące kas fiskalnych
Jak brukowce drukowane
W błocie nad ranem
Utopią się
Od zmierzchu
Do świtu
Iluzje szczęścia
I dobrobytu
Od zmierzchu
Do świtu
I jeszcze raz
Gęba tępa konsumenta
Handlowe centra
Puby i spa
Piana szampana
Zysków owoce
I kwiaty zła
Jak made in China
Firmowe, nowe
Raje dla mas
Nekrologi ich pieniędzy
Zmartwychwstałych
Na korporacyjnych kontach na Kajmanach
Gdy podetną sobie żyły
Niewidzialne rynku ręce
Gdy mydlana bańka pęknie
Olśnienie spłynie
Co w sobie miał
Co komu dał
Ile był wart
Ten domek z kredytowych kart
Od zmierzchu do świtu
I w ciągu dnia
Po wyjściu z fabryk, biur, banków, klas
By zło tu miało radość przesytu
Iluzje szczęścia
I dobro by tu
RESZTEK RACJI
Bajecznie zmienia się świat
Niestety, w kwestii opakowań
Niewiele dzieje się zaś
W dziedzinie treści, poglądów, zachowań
(z piwnicy czarownicy zwłok palonych swąd
żaliłem się cieciowi, ale to też ksiądz)
Brzydkie wygląda jak przepiękne
Głupie brzmi tak inteligentnie
Objaśnia masom świat
Masy hołdują debilnym fobiom
I chyba dobrze im tak
Upatruję resztek racji
W popełnianiu profanacji
By przez chwilę choć nadzieję mieć
Że efektem tych wyczynów
Będzie zmierzch ery kretynów
Choć rzecz jasna to nie zdarza się!
BRUDNY I ZŁY
Zjada rano chleb powszedni
Brudny i zły
W dzień podobny do poprzednich
Brudny i zły
Myje twarz przed lustrem krzywi
Daremny trud
Pani psyche i pan fizys
To zło i brud
Zjada po to, by wydalać
Brudny i zły
Jak za oknem pies sąsiada
Brudny i zły
Klęczy, by wyżebrać przyszłość
I wiecznie żyć
Gdy nadejdzie Jezus Chrystus
Brudny i zły
Tym bardziej ja
Tym bardziej Ty
Tym bardziej ja
Tym bardziej Ty
Maską kremu, pudru, szminki
Przykrywa twarz
Wkłada bluzki, halki, szpilki
Brudna i zła
Chce wieczorem pić szampana
Chce iść na bal
Tańczyć do białego rana
Brudna i zła
Kiedy rano spojrzy w lustro
Szarego dnia
Co w oparach fizjologii
Wyjrzy na świat?
Nie subtelna nimfa słodka
Nie femme fatale
Lecz ciężarna matka polka
Brudna i zła
Tym bardziej Ty
Tym bardziej ja
Tym bardziej Ty
Tym bardziej ja!!
Brudny i zły!
Brudna i zła!
GALA DLA ŻĄDNYCH KRWI
Najlepsze miny
Pułapki
Do złej gry
Dobrze przygotowana
Gala dla żądnych krwi
Pilot z wrażenia na podłogę spadnie z dłoni
Bez spadochronu, gdy orędzie będzie, że
Biskup ma flaszkę
Prezydent chętkę
Generał zalać się na śmierć
Dokładne miejsce
Wujek ustali nam
Sam
Telewizor włącza się
Choć próbujesz zamknąć oczy
Choć próbujesz zapaść w sen
Tego nie da się przeoczyć
Już po dwóch flaszkach
Biskup święci czołgi lepią
Dla prezydenta, co medale dawać ma
Tym, co zalanych
W trupa przywiozą nam
Obywatelu generale!
Wielki medialny sukces
Warto było pić!
Najlepsze miny
Pułapki
Do złej gry
Kolejną cześć tej gali
Wujek ustali nam
Sam
Telewizor włącza się
Choć próbujesz zamknąć oczy
Choć próbujesz zapaść w sen
Tego nie da się przeoczyć
Telewizor włącza się
Choć próbujesz zamknąć oczy
Choć próbujesz zapaść w sen
Tego nie da
Tego nie da się…
ZMIANA
Gdy jesień w końcu wygra z wiosną
W alejce parku smutny pan
Ze smutną panią w deszczu mokną
Żałując zaniechanych zmian
Potrzebna zmiana
Twojego ja
Mojego ty
I waszych nas
Potrzebna zmiana
A nawet sto
Prawo i lewo
Dobro i zło
Potrzebny zamach
Na status quo
Na myśli szare
Na czarne tło
Potrzebna zmiana
Pewnie, że tak
Potrzebny zamach
Na cały świat
Gdy jesień w końcu wygra z wiosną
W alejce parku smutny pan
Ze smutną panią w deszczu mokną
Żałując zaniechanych zmian
Kwestią dobrego wychowania
Zostaje, czy mam śmiać się, gdy
Opowiadają mi o zmianach
Nie zmieniając nic
Gdy jesień w końcu wygra z wiosną
W alejce parku smutny pan
Ze smutną panią w deszczu mokną
Żałując zaniechanych zmian
PIELGRZYM
Człowieku patrz: twój idol
Już po schodach z samolotu
Schodzi godnie
Aby beton ucałować
On kocha beton, beton jego
Swoim królem zrobić gotów
Papamobile warczy:
„Boże prowadź!”
Boże prowadź!
Ojcze prowadź!
Boże prowadź nas do nieba
Bowiem mówią, że tak trzeba
Boże prowadź!
Ojcze prowadź!
Kim jest
Ten człowiek w białej szacie
Co znów
Przyleciał tu?
I za co
W końcu go kochacie?
Czy on
To właśnie Bóg?
Czy on
To właśnie Bóg?
Potok kwiecistych złotych myśli
Uszy wiernych zaczerwienia
Od dziś holocaust i aborcja
To to samo
„Tyle tu dusz do nawrócenia
I kieszeni do dojenia!”
Myśli święty kasjer Watykanu
Kim jest
Ten człowiek w białej szacie
Co znów
Przyleciał tu?
I za co
W końcu go kochacie?
Czy on
To właśnie Bóg?
Czy on
To właśnie Bóg?
ŚWIĘTY OD ZARAZ
Powstają z bagien
Potocznych słów
Gnijącej ściółki myśli
Formują tłum
Przesłaniacz ideowy im przesłanie dał
„Ducha nie gaście i podpalcie kilka ciał!”
Nie wiem, czy samosądy ich ogarną mnie
Deptają mi poglądy
Nie tak miał wyglądać ten
Dwudziesty pierwszy wiek
Kwestią dobrego wychowania
Zostaje, czy mam śmiać się, gdy
Pochodni blask odbity w glanach
„Płomień przy twarzy
Musisz być
Święty od zaraz
Święty od zaraz
Mało się starasz!”
Wygląda groźnie
Ten zwarty tłum
Flagi, pochodnie
Głośne skandowanie bzdur
Wiem, że jeżeli im ustąpię choć na cal
Na cel, na stos mnie wezmą i powiedzą ‘pal!’
Czuciem i wiarą jednak mierzą zbyt wysoko
Po mojej stronie jeszcze są
Swobodny śmiech
Szkiełko i oko
Nie mogą przejść, nie mogą przejść!
I pal ich sześc, i sześć, i sześć!
Tym bardziej, że kwestią dobrego wychowania
Zostaje czy oświecać ich
Czy też przeganiać w dym
Oświecenie się przydaje
W czasach ciemnych tak jak dziś
Zaśmiecone piedestały
Nie przydają chwały im
Świećmy od zaraz
Zaświećmy im
Świećmy od zaraz
Zaświećmy im
NIE ZDARZA SIĘ
Gdy jutro ściemnia się dokoła
I finał dobrze znasz
Lepiej nie myśleć nic
Lepiej posłuchać bajek
O dobrym zakończeniu
Karze dla ludzi złych
Zbawieniu i tak dalej
To zdarza się tak rzadko
Że aż nie zdarza się
Opowiem jedną ci, nim zaśniesz
O tym, że warto chcieć
Pokonać wszystko, co
Przyziemne, głupie, marne
Że uda się ta gra
Pion na a8H!
I diabli biorą czarne
To zdarza się tak rzadko
Że aż nie zdarza się
Zbyt dobrze wiem, co zdarza się
Nierzadko
Jak czarne myśli dręczą złe
Z boku na bok, aż w końcu sen
Otula cię porażką
Po osi czasu prosto zmierzasz
Na końcu ciemny dół
Lub rozsypany proch
I kaucji zwrot za urnę
Czy równoważą to
Dom, żona, dzieci, mąż
I wszyscy inni durnie?
To zdarza się tak rzadko
Że aż nie zdarza się
Gdy nikt nie patrzy, zwłaszcza z rana
W obrębie lustra pusty żal
Tęsknota jakaś nienazwana
Brakuje bajek, czy odwagi, by dokonać zmian?
To zdarza się tak rzadko
Że aż nie zdarza się
Zbyt dobrze wiem, co zdarza się
Nierzadko
Jak czarne myśli dręczą złe
Z boku na bok, aż w końcu sen
Otula cię porażką


